sobota, 19 sierpnia 2017

Apokalipsa pod Chojnicami - 12.08.2017

Burza - piękna i niebezpieczna. [Paweł Kamrad]
Klocki w układance [2017-08-09 ---> 2017-08-11] 

Życie jest jak pudełko czekoladek, jak mawiał bohater legendarnego filmu? Nie. Życie jest jak klocki, które choć często do siebie niedopasowane, potrafią ułożyć się w zadziwiającą układankę.

9 sierpnia przez Internety przetoczyła się burza, związana z reklamą energetycznego napoju. Burza skądinąd słuszna, bowiem haniebny w treści przekaz marketingowy, został przygotowany z pełną świadomością osób za niego odpowiedzialnych. Jednak jak to z Internetami bywa, nie zawsze osiąga się zamierzony efekt, i w świat poszła też informacja o tym, że taki napój w ogóle istnieje. Dla producenta to zysk, nawet jeśli pachnący zawartością wozu asenizacyjnego.

11 sierpnia w audycji Komentarze Radia Gdańsk, zaproszony tam Maciej Kożuszek z Gazety Polskiej Codziennie, wyjawił co też sądzi na temat strażaków-ochotników. Tonem wielkomiejskiego panicza, nawiązując do wcześniejszej sprawy napoju energetycznego, opisał konsumentów takich specyfików jako osoby "wychodzące o trzeciej nad ranem z remizy, żeby mieć siłę na Komarze dojechać do swojej wsi". Zapatrzony w salonowych śmieszków, w stylu Macieja Stuhra, podobnie jak on zastosował tzw. "żarty i aluzje" by wyrazić pogardę dla tego, co dla wielu ludzi ma znaczenie.

Że strażackie remizy na wsiach naprawdę nie są miejscami pełnymi cnót i pobożności, nie mówiąc już o abstynencji, godnej neofitów prawa szariatu? Zacznijmy może wpierw od tego, że istnieje coś takiego jak Krajowy System Ratowniczo-Gaśniczy. Cytując Komendę Główną Państwowej Straży Pożarnej:

"Krajowy System Ratowniczo-Gaśniczy (KSRG) to integralna część organizacji bezpieczeństwa wewnętrznego państwa, mający na celu ratowania życia, zdrowia, mienia lub środowiska, prognozowanie, rozpoznawanie i zwalczanie pożarów, klęsk żywiołowych lub innych miejscowych zagrożeń. System skupia jednostki ochrony przeciwpożarowej, inne służby, inspekcje, straże, instytucje oraz podmioty, które dobrowolnie w drodze umowy cywilnoprawnej zgodziły się współdziałać w akcjach ratowniczych.

Głównym celem KSRG jest zapewnienie ochrony życia, zdrowia, mienia lub środowiska, w ramach działań podejmowanych przez PSP i inne podmioty ratownicze (ze szczególnym uwzględnieniem OSP)." 

Naszywka Krajowy System Ratowniczo-Gaśniczy. [OSP Rzepin]

Według stanu z 20 marca br. w systemie działa ponad 4 000 jednostek Ochotniczych Straży Pożarnej, co przekłada się na około 140 000 ratowników (poza nim odpowiednio ponad 11 000 OSP i prawie 230 000 ratowników). By grupa ochotników, działająca formalnie jako stowarzyszenie, mogła zostać włączona do KSRG musi spełniać wymogi związane z wyszkoleniem oraz wyposażeniem technicznym. Do tego dochodzi reżim gotowości bojowej, oraz szereg formalności i uwarunkowań, które dają końcowy efekt w postaci tego, że OSP będące częścią KSRG możliwościami działania nie różnią się od swoich kolegów zawodowców z Państwowej Straży Pożarnej.

Czy w takiej organizacji może być więc miejsce na permanentny - cytując hasło reklamowe w/w napoju - ROZPIERDLOL? Nieustanne imprezy, mordobicia z udziałem sztachet wyrwanych z płotu oraz sceny szybkiego seksu w WC, rodem z barwnych piosenki Braci Figo Fagot? Wszystkim amatorom i leszczom, którym się wydaje że są dziennikarzami radziłbym mniej ćpać. 

Pruszcz Gdański [2017-08-11 T23:46:00 UTC+02:00] 

Od jakiegoś już czasu prognozy meteo zapowiadały, że końcówka drugiego tygodnia sierpnia może przynieść srogie burze i wichury. 10 sierpnia (czwartek) wrzuciłem nawet na trzynastoschronowego Facebooka infografikę z Rządowego Centrum Bezpieczeństwa, pokazującą jak się zabezpieczyć przed wichurą. Również nasz współpracownik redakcji - Jaszczomp - na szybkości, w piątek umieścił tam ilustrację przedstawiającą idącą z południowego zachodu na północ formację burzową. Powieje, popada, zaleje, coś urwie. Od jakiegoś czasu przez Polskę przetaczają się takie zjawiska, które co najwyżej prowadzą do lokalnych zniszczeń mienia i majątku. Oczywiście dające efekt w postaci bolesnych szkód dla osób które je doznały. Jednak cały czas jest to jedna miejscowość i jej okolice. A co będzie, gdy owa mikroskala zostanie rozszerzona na obszar paru województw?

Apokalipsa...

Piątek kończył się powoli. Gdy w południe wyszedłem załatwić parę - w tym schronowych - spraw, na zewnątrz było bardzo nieprzyjemnie. Powietrze, jakby dociążone ołowiem, oraz parzące wręcz Słońce. Nadchodzący wieczór przyniósł więc miłą ochłodę. Na południowym skraju nieba zbierały się jakieś chmury, ale nadal myślałem że będzie jak zawsze w takich przypadkach było. Zresztą sami Łowcy Burz piszą:

"[...] ponieważ rozwój zjawisk konwekcyjnych często bywa zaskakujący. Sytuacja przedstawiona przez liczne numeryczne modele prognostyczne, z pozoru bardzo groźna, może się skończyć przejściem kilku co najwyżej umiarkowanie silnych burz. I na odwrót – sytuacja przedstawiana przez numeryczne modele prognostyczne jako sytuacja z nieznacznie podwyższonym ryzykiem przejścia bardzo silnych burz może zakończyć się powstaniem rozległej, bardzo silnej burzy zagrażającej życiu i zdrowiu tysięcy osób."

Że będzie to jednak ciężka, choć zwyczajna burza w połączeniu z silnym wiatrem, zaczęło do mnie docierać gdy na dworze zrobiło się już całkowicie ciemno, zaś na coraz bardziej zagęszczonych chmurach zaczęły się pojawiać fantastyczne rozbłyski. Tknięty jakimś przeczuciem zajrzałem do aplikacji Windy, by patrząc na umieszczone tam i przesuwające się kolorowe kreski oraz plamy, przekonać samego siebie że coś z tego rozumiem i wiem. Nadmienię tu, że na wiadomości z innej aplikacji - RSO - nie zwracałem już uwagi, skoro w ciągu dnia potrafiło przyjść kilkanaście, dotyczących prób wymuszeń pieniędzy "metodą na wnuczka". Od paru już miesięcy stanowią one gros wysyłanych przez nią codziennie ostrzeżeń, sugerując wręcz że województwo pomorskie jest wrogą i nieprzyjazną dla starszych osób ziemią. A na pewno taką, w której w szeregach wnuczków jest dużo złych osób. 

Ładnie wyglądający ekran aplikacji Windy, tu w wersji internetowej. [Windy.com]

Mapa w aplikacji Windy pokazała zaś coś, co widziałem chyba pierwszy raz. Niejako na linii układającej się od północnego wschodu na południowy zachód Polski, od Elbląga po Bydgoszcz, łączyły się ze sobą dwa mocno zakręcające fronty meteorologiczne. Padać nie miało, i to było w sumie najważniejsze. Bowiem skutki intensywnych opadów, jak zalania czy podtopienia budynków są głównym powodem wzywania Straży Pożarnej. Tymczasem niebo coraz bardziej rozświetlało się coraz głośniejszymi błyskawicami. Wiatr i deszcz przyszły jednocześnie, jednak ich intensywność zamiast dojść do jakiegoś, nawet i maksymalnego poziomu, nieustannie rosła. Paręnaście minut po godzinie 23 z nieba wręcz lały się masy wody, ściągane na dół silnym wiatrem. Wywieszone na balkonie pranie, zostało zmoczone tak jakby wylano na nie wiadro wody. I to w przeciągu w chwili. Prędkość wiatru opadła, padał lekki deszcz. Błyskawice, które rozświetlały niebo jak latarka wnętrze obozowego namiotu, przesunęły się północny wschód. O godzinie 23:46 na telefon przyszło powiadomienie alarmowe. Kolejny, choć niepasujący do całości klocek, ułożył się na swoim miejscu.

Kim jest strażak-ochotnik? 

Ogólnie rzecz biorąc to frajerem, co też ładnie rymuje się z superbohaterem. Według założeń powinien rzucić wszystko czym się aktualnie zajmuje, i biec/jechać/pędzić co sił, do swojej jednostki. Oczywiście może być też tzw. turbo-strażakiem i wczuwać się w rolę obrońcy ludzkości, z kanapkami oraz herbatą od samego już tylko wydania pierwszych ostrzeżeń siedzieć przy radiu w remizie. 

Skąd tu jednak te brzydko kojarzące się słowo "frajer"? 

Odpowiedź jest prosta. W naszej kochanej Polsce, w której od 1989 roku budowana jest gospodarka wolnorynkowa, za każdą najmniejszą rzecz i usługę - czy to uzyskiwaną od państwa lub sektora prywatnego - trzeba płacić. Tymczasem strażacy-ochotnicy swoje usługi na rzecz społeczeństwa świadczą za darmo. Opcjonalnie wypłacane są im środki finansowe, zwane "ekwiwalentem pieniężnym dla członków Ochotniczych Straży Pożarnych", przysługującym za udział w działaniach ratowniczych lub szkoleniach. Jednak według unormowań prawnych powinien być on wypłacany jako równoważnik utraconego wynagrodzenia, przysługujący jedynie osobom pozostającym w stosunku pracy, nie zaś osobom, które brały udział w działaniach ratowniczych lub szkoleniu pożarniczym po godzinach pracy oraz bezrobotnym, emerytom, rencistom, uczniom i studentom. To że w wyniku orzecznictwa sądowego, cała sprawa została przeniesiona na poziom przymykania oka i “jakośtobędzizmu” przez miasta oraz gminy będące przecież faktycznymi finansującymi OSP, idealnie pokazuje jak ta kwestia jest traktowana. Strażak-ochotnik ma żyć pasją oraz motywującymi memami, które tworzą jacyś niespełnieni koledzy marketingowców od wspomnianego na początku “energetyka”. I przede wszystkim nie zwracać uwagi na żołnierzy Obrony Terytorialnej, którzy nie znajdując się w tej formacji w stosunku o pracę, otrzymywać będą środki finansowe za bycie w gotowości, mogące im choćby służyć na samodzielnie podnoszenie swoich kwalifikacji.

Mem o Ochotniczej Straży Pożarnej. [Google / Mapy Google]
Połamane gałęzie i konary w centrum Pruszcza Gdańskiego, były pierwszymi zdarzeniami z nocy z piątku na sobotę. Tylko takimi, gdyż jeśli komuś nic na głowę nie spadło, nie zalało lub nie zerwało dachu to spał, mając w głowie inne zajęcia niż obserwację świata dookoła i reagowanie, wykręcając numer 112 lub 998. Co innego kierowcy, zdążający do lub z miasta. Pobocza wylotowych dróg wojewódzkich obrastają bowiem drzewa, z których może coś się oderwać i spaść. Zwłaszcza gdy konary są obwieszone opitymi wodą liśćmi. I tak było tym razem, z pewną jednak małą różnicą. Oprócz powalonych na jezdnię pojedynczych konarów, korony drzew w kilku przypadkach były pozbawione mniejszych gałęzi czy liści. Jakby coś je ukręciło i oberwało. Uderzenie pioruna, naderwany konar, przejeżdżający samochód - to zagrożenia, które dopełniają tło nocnych działań strażaków-ratowników. Do tego oczywiście dochodzi praca ze spalinową pilarką do drewna, z którą obcowanie dłuższe niż godzina skutecznie pozbawia chęci do śmieszkowania, że jest tak jak w Teksańskiej masakrze piłą mechaniczną.

"Teksańska masakra piłą mechaniczną", Tobe Hopper (1974). [Filmweb]
Stres, ale przede wszystkim pot cieknący strumieniami, gdyż nasza kochana Ojczyzna dbając o swoich strażaków, ubrała ich w ciepłe i, podobno, ognioodporne kombinezony. W takim momencie człowiek zaczyna mieć rozkminy zbliżone do tych, jakie miał bohater filmu Forrest Gump, i zastanawia się czy jest się mokrym od deszczu czy od własnego potu. Przeciwnikiem zaś jest drzewo, które po wstępnym pocięciu powinno być jak najszybciej przestawione na pobocze jezdni. Kolejny powód by sobie pośmieszkować - jesteśmy na zawodach “Strongman” - ucieka jak mutant przed Schronkiem, gdyż automatyzm działań nie pozwala na myślenie już o niczym innym.

[OSP Pruszcz Gdański / Paweł Sierżant]

Pierwsze, powalone na drogę drzewa w okolicach Pruszcza Gdańskiego w nocy z 11 na 12 sierpnia. [OSP Pruszcz Gdański / Paweł Sierżant]
Czas mija szybko, sił jest coraz mniej, organizm pracuje na granicy wytrzymałości, w końcu wybiegło się z domu w tym czym się było, i jak się było. Emocje sięgają zenitu, gdy pada hasło “kończymy tu, jedziemy do Chojnic”.

Że co ku… rde? 

Pruszcz Gdański - Chojnice [2017-08-12 T coś po godzinie 01:00:00 UTC+02:00] 

Chojnice… Miejsce wstydu i klęski polskiego rycerstwa w 1454 roku, które walcząc według dawnej taktyki zostało rozbite w pył przez wojska zakonu krzyżackiego. Ci, którym udało się wyjść z krzyżackich kleszczy, uciekali tak szybko że nawet król - Kazimierz IV Jagiellończyk - ledwo uszedł z życiem, ocalony przez Dominika Kazanowskiego spod tratujących wszytko spanikowanych wojsk polskich.

Bitwa pod Chojnicami w 1454 roku. [Wikipedia]
To znaczy że co? Że “ich strażów tam ni mo”?

Jakiś obóz w lesie, 150 uczestników, ofiary śmiertelne. Chaotyczne, urywane informacje, napływające ze Stanowiska Kierowania Komendanta Powiatowego w Pruszczu Gdańskim. Nerwy dochodzą do wrzenia, a wręcz przegrzania trzymając się ciepłowniczej analogii. Nie chcę mi się tak daleko jechać. W żołądku ze stresu i pierwszych oznak głodu skręcają się "kichy", zaś w głowie myśli jak się z tego wszystkiego wymiksować.

To nie ten film, w którym bohaterowie trzymając się za ręce i patrząc gdzieś w dal mówią: “tak, zrobimy to dla nich”. Nikt mi za to nie płaci, a wręcz traktuje jak taniego wyrobnika. Zaś potrzeba społecznego poświęcania się dla ogółu, zamyka się w granicach administracyjnych Pruszcza Gdańskiego, czy nawet gminy go otaczającej. Bo to dzięki miastu, jego władzom czyli burmistrzowi i radzie miejskiej, jednostka OSP może istnieć i działać ku bezpieczeństwu mieszkańców.

Ale…

Nie ma czasu wziąć czegoś z remizy, a tym bardziej z domu. Przychodzi rozkaz by udać się na plac przed komendą PSP, na którym mają się zebrać zastępy z powiatu skierowane do działań poza jego granicami. Przybywają OSP z Łęgowa, Rościszewa oraz Pręgowa, i z prowadzącym kolumnę wozem ratownictwa technicznego pruszczańskiej JRG PSP udajemy się na południowo-zachodni kraniec województwa. 

Droga krajowa 22 [2017-08-12 T przed 02:00:00 UTC+02:00] 

Drobne śmieszki-heheszki prowadzone na wewnętrznej komunikacji radiowej, lekko rozładowują napięcie. Mijamy granice powiatu, nazywanego swojsko “rejonem”, lekki deszcz szybko z czasem przestaje padać. Włączone radio (te “normalne”) nadaje nocny program. Gdzieś na wysokości Starogardu Gdańskiego podana zostaje informacja o sporych zniszczeniach, w związku z przechodzą nawałnicą. Jedziemy dalej, myśli powoli się uspokajają, skręcone z głodu i stresu "kichy" prostują, i tylko powoli schnąca koszulka, przypomina w czym przed chwilą się uczestniczyło.

"Wojna światów", reż Steven Spielberg (2005)

Za Czerskiem dociera jednak do nas, że jeszcze wszystko przed nami. Droga krajowa 22 prowadząca do Chojnic, w tym obszarze przechodzi przez obszar leśny, który wygląda... Nie... Właściwie to on wcale nie wygląda. Zza okna widać bowiem coraz większą ilość ułamanych w połowie drzew, wśród których ostały się wygięte w łuk młodsze okazy świerków, sosen, jodeł. Jedno drzewo, drugie, trzecie, kolejne. To już nie są pojedyncze przypadki, tu leży pokotem ciągnący się na przestrzeni kilkunastu kilometrów las. W okolicach Rytla pojawiają się widoki, doskonale przedstawione przez Stevena Spielberga w niezbyt dobrze ocenianej Wojnie światów. Powalone drzewa leżące poboczu i lewym pasie drogi, wśród nich kątem ustawione samochody. Niektóre przygniecione złamanym drzewem. Na prawym poboczu podobnie. Przejeżdżamy dwa kilometry i jesteśmy w centrum miejsca, w którym być może doszło do jednej z największych tragedii polskiego harcerstwa.

[OSP Pruszcz Gdański / Paweł Sierżant]

[OSP Pruszcz Gdański / Paweł Sierżant]

Droga krajowa 22. [OSP Pruszcz Gdański / Paweł Sierżant]
Zatrzymujemy się na środku przejezdnego pasa drogi, otrzymujemy rozkazy. Kierowcy razem z samochodami mają odjechać dalej, by zająć się udrożnianiem szosy. Załoga bierze sprzęt do cięcia drewna, paliwo, olej i udaje się w las. Na znajdujący się niecałe trzy kilometry w jego głąb harcerski obóz spadły drzewa. Ze około 150 uczestnikami nie ma na obecną chwilę żadnej łączności, zgłoszone zostały jednak ofiary śmiertelne.

No co za problem wjechać sobie do lasu i zabrać ich stamtąd - mógłby ktoś, nawet nie posądzany o ignorancję, spytać?

Mnie też tak mogło się wydawać. Jednak patrząc na obszar w jakim przyszło nam działać, wszelkie dywagacje pierzchły w dal, jak Schronek spuszczony ze smyczy. Jedno drzewo leżące na drodze da się nawet jakoś obejść. Dwa, czy więcej również. Ale co na niej leży wręcz cały las? Do tego dochodzi całkowita ciemność i brak łączności. Ta komórkowa już dawno siadła, zaś radiowa strażacka nie jest nawet używana, by nadmiarem informacji nie blokować pasma. Jednak nie ma w sumie czego przez nią komunikować. Prosty odcinek, z którego końca dochodzą przerażająco brzmiące dźwięki cięcia drzew oraz hałas jakiejś maszyny. Nie ma jak się zgubić, choć na miejscu nie widzę nikogo z pracowników leśnych, tak bardzo chlubiących się swoim wkładem w gospodarkę. Wszystko starają się skoordynować strażacy z lokalnych OSP, oraz zawodowcy z chojnickiej PSP. Akcją dowodzi, co okazuje później (choćby dla mnie) były komendant powiatowy w Chojnicach, a obecnie p.o. zastępcy komendanta wojewódzkiego.

[OSP Rościszewo]

Przebijanie się przez las, do obozu w Suszku. [OSP Rościszewo]

Kilometr, dwa, marszu przez oczyszczoną już leśną drogę nie robi większego znaczenia, gdy ma się na sobie ważące kilkanaście kilogramów ubranie ochronne i dodatkowo dźwiga parę kilogramów sprzętu. Dochodzimy do polany, spotykamy niższego stopniem oficera z PSP, którzy poleca nam usunąć znajdujące się na niej powalone drzewo, by zrobić miejsce na parking dla czekających na dostanie się do obozu karetek. Następnie udajemy się dalej, gdzie znajduje się czoło ekipy ratunkowej. Kilkudziestu ludzi obwieszonych pilarkami i zbiornikami z paliwem, stoi za koparko-ładowarką, która rozgarnia z drogi pocięte już na kawałki drzewa. Znacząco przyspiesza to pracę, jednak wrogiem jest teraz gęsto, zasiany zapewne do celów przemysłowego pozyskiwania drewna, położony wiatrem las. Drzewo leżące przy drzewie, każde jakby w trwodze otulające się koroną igliwia.
 
Rozwidlenie dróg. [Fakt24.pl]

Pada rozkaz że idziemy dalej. Po powalonych, choć pociętych już wcześniej przez czoło ekipy ratowniczej pniach, doświadczamy być może tego co pierwsi hiszpańscy konkwistadorzy w amazońskiej dżungli. Nadal nie mogę ogarnąć, gdzie do cholery są pracownicy leśni, którzy mogli by nas chociaż pokierować w dobrym kierunku. Koparka zaczyna swoje starcie z drzewną materią, my zaś po dłużącym się marszu nad i pod połamanymi drzewami, docieramy do znanego ze zdjęć w mediów rozwidlenia dróg. Ktoś wie gdzie jest ten obóz? Tablica z napisem "3,5 km Leśnictwo Żukowo" wskazuje na w miarę możliwie szybko do przejścia drogę. Zaś tam gdzie wskazuje "Suszek" widać jeden wielki, drzewny armagedon. Cała grupa zatrzymuje się w konsternacji, co daje chwilę do odpoczynku i wytchnienia. Pot leje się strumieniami, komary korzystają z okazji by się dorwać do swoich ofiar. Dowodzący akcją oficer nie może zdobyć precyzyjnych informacji, gdzie mamy iść. Nie, to jeszcze nie jest stan który można określić mianem burdelu. To tylko pierwsi na miejscu jak zawsze w takich sytuacjach pojawili się strażacy ochotnicy, oraz wspierający ich swoją wiedzą i doświadczeniem koledzy z "państwówki". Na miejscu natomiast nie było nikogo znającego dobrze las, nie mówiąc już o kimś mającym dokładne pojęcie gdzie jest ten obóz. Że nie wspomnę po raz kolejny o ciężkim sprzęcie, mogącym pomóc w usuwaniu drzew. Zostaje więc siła ramion, wola i wytrwałość strażaków.

"Czerwone hełmy" z Nowego Dworu Gdańskiego. Ochotnicy z miejscowości, których nazwy pierwszy raz widzę. Ludzie z różnych stron i miejsc województwa gdańskiego, wyposażeni czasem w sprzęt, który w naszej jednostce został już dawno wycofany. Zmęczeni, trochę zdezorientowani, ale z wyrazem zaciętości na twarzy. Do rozwidlenia dróg dociera też koparka, rozgarniając ostatnie bele drzew. Przyjeżdża samochód z wodą mineralną i batonikami. Kupione na szybkiego rzeczy są naszym pierwszym posiłkiem, regenerującym siły. Mimo utrudnionej łączności zostaje wypracowana decyzja, że dwóch ratowników uda się łatwiejszą drogą próbując znaleźć harcerski obóz, zaś reszta nadal będzie oczyszczać drogę, przebijając się do uwięzionych harcerzy.

Jest już parę godzin po wschodzie słońca. Dopiero w dziennym świetle widzę, w jak apokaliptycznie wyglądającym miejscu się znalazłem. Wokół panuje przejmująca cisza, nie słychać, a tym bardziej widać żyjących tu zwierząt. Jedynie agresywne i nad wyraz natarczywe komary, nie odpuszczają zwabione parującym potem.

Z czoła grupy ratunkowej wracają wycofani pilarze, których zastąpią nowo przybyli strażacy. Zmęczone, milczące twarze, wyrażają całą sytuację w jakieś się znaleźliśmy. Brak ciężkiego sprzętu, brak ludzi znających teren, totalny brak informacji. Zastanawia mnie, dlaczego oczyszczoną już drogą leśną nie dojeżdżają zespoły ratownictwa medycznego, które jeszcze parę godzin temu czekały na poboczu drogi krajowej 22. Sytuacja w końcu się wyjaśnia.

Do obozu w Suszku dotarły już grupy ratunkowe z innej strony!

[Grupa Poszukiwawczo-Ratownicza OSP Gdańsk]

[Grupa Poszukiwawczo-Ratownicza OSP Gdańsk]

Obóz harcerski w Suszku. [Grupa Poszukiwawczo-Ratownicza OSP Gdańsk]
Z urywanych strzępów informacji, które pochodzą od oficera PSP dowodzącego akcją, wiadomo że ratownikom udało się dopłynąć do odciętego od świata obozu znalezionymi łódkami. Jedna nie miała wioseł, więc wykorzystano deski. Pomogli też mieszkańcy pobliskiego Lotynia, razem z grupą ratowniczą kierując się do obozu. Dzieci otrzymują pierwszą pomoc, trwa segregacja triage poszkodowanych. Natomiast wszystkie zastępy biorące udział w przebijaniu się przez położony pokotem las, mają się skierować również do Lotynia, by zbudować obóz medyczny i zacząć udzielać pierwszej pomocy. Wszyscy zmęczeni już strażacy, cofają się w stronę drogi na której zostały bojowe wozy. 

Lotyń [2017-08-12 T po 06:00:00 UTC+02:00] 

Gdy przejeżdża się przez wsie wokół Gdańska, to widać zadbane obejścia, odnowione domy, wręcz wille. Gospodarstwa zajmujące się produkcją przyciągają wzrok nowoczesnym sprzętem rolniczym oraz infrastrukturą służącą do magazynowania i przerobu płodów ziemi. Tymczasem jadąc przez miejscowości położone wokół Chojnic ma się wrażenie powrotu na dawną, polską wieś. Dachy pokryte eternitem, obejścia na których postawiono zbite z przypadkowych materiałów budki, wielka drewniana stodoła, i obora z której wysypuje się na zewnątrz niezbyt ładnie pachnąca zawartość. Od razu widać, że mieszkańcom tu się nie przelewa, a teraz będzie jeszcze gorzej, skoro las z jakiego mogli czerpać jego płody praktycznie nie istnieje.

Mijamy tu i tam powalone przez wiatr drzewa, leżące przy drodze wijącej się wśród obejść. Dojeżdżamy w końcu do małego pagórka, z którego - jak się okazuje - prowadzi droga, jaką można się dostać najbliżej harcerskiego obozu. Dowodzący akcją oficer w stopniu młodszego brygadiera, wydaje polecenie by wziąć torby medyczne znajdujące się wozach i zacząć budować obóz.

Trzeba tu nadmienić, że strażak-ratownik będący ochotnikiem, poza kursem strażackim posiada też kurs kwalifikowanej pierwszej pomocy. Zakres dostarczonej tam wiedzy, pozwala na przeprowadzenie skutecznych czynności medycznych ratujących życie poszkodowanych. Jak na razie nadal jednak nie wiadomo ile faktycznie jest ofiar (czarni), ile osób wymaga transportu w pierwszej kolejności (czerwoni), ile w drugiej (żółci), a ile może zostać ewakuowanych na końcu (zieloni).
 
Sprzęt do budowy obozu medycznego. [OSP Rościszewo]
Budowa obozu medycznego w Lotyniu. [OSP Pruszcz Gdański / Paweł Sierżant]
Na miejscu są już przyczepy z komendy powiatowej PSP w Starogardzie Gdańskim, ze sprzętem służącym do budowy obozu medycznego. Plandeki z napisem Obrona Cywilna zawierają napełnianie powietrzem przestronne namioty, składane łóżka i krzesła, agregaty prądotwórcze oraz nagrzewnicę powietrza. Okazuje się, że oprócz naszego zastępu z Pruszcza Gdańskiego, na miejscu jest też część ekipy, z którą nocą tutaj przybyliśmy. Razem więc z kolegami z pruszczańskiej JRG, oraz z OSP Rościszewo rozkładamy namioty i podłączamy nagrzewnicę. W pobliżu stoi kilka zespołów ratownictwa medycznego z Chojnic, Starogardu Gdańskiego, Kościerzyny. Zawiesisty stan oczekiwania na pierwszych poszkodowanych, wywołany także padającą lekką mżawką, przerywa przybycie śmigłowca Lotniczego Pogotowia Ratunkowego.

[OSP Rościszewo]

Obóz medyczny w Lotyniu. [OSP Rościszewo]
Jak przebiegała dokładnie akcja ratunkowa na miejscu, można obecnie przeczytać w wielu doniesieniach medialnych, zrobionych już po wszystkim. Wiadomo już jednak że są dwie ofiary śmiertelne. Dziewczynki którym nie udało się uciec spod padających na ziemię drzew. Do ocalałych jakoś jednak udało się dotrzeć, i samochodami terenowi oraz quadami są oni dostarczani do karetek, skąd szybko będą transportowani do szpitali. To ci najbardziej poszkodowani. Zaś po godzinie, dwóch, bo bez zegarka ciężko określić upływający czas, a Słońce jest przykryte gęstymi chmurami, pojawiają się pierwsi "zieloni".
 
Akcja ratunkowa w obozie harcerskim w Suszku. [Grupa Poszukiwawczo-Ratownicza OSP Gdańsk]

Powiedzenie, że "widok jest przerażający" byłoby tanim grepsem, stosowanym przez brukową prasę i żerujące na tanich emocjach media. Poszkodowani harcerze nie wyglądają jak pokrwawione ofiary bombowych ataków terrorystycznych, czy pokryci pyłem ocaleni z World Trade Center. Cicho łkający, przemoczeni, przerażeni, w wieku od 12 do 16 lat chłopcy i dziewczynki nie są też jednak miłym widokiem. Często bose, lub tylko w skarpetkach albo i z jednym butem, zostają szybko przejmowani przez ratowników medycznych, i prowadzone do namiotów. Okryte kocami ratowniczymi, zbijają się w grupę jak przerażone owieczki, wymieniając między sobą urwane strzępki zdań. Dla zebranych wokół strażaków nie ma więc za wiele do roboty, gdy poszkodowani trafiają w ręce osób posiadających wyższy poziom wiedzy medycznej. Jedna z dziewczynek chce zadzwonić do rodziców, ktoś głośniej zapłacze. Nie widać nikogo z organizatorów czy osób, które byłyby im znane, a więc mogące nawiązać jakąś pierwszą nić kontaktu i psychologicznego wsparcia. Przemoczony, przepocony, brudny strażak z trudnością mógłby wypełnić takie zadanie, więc wszyscy snujemy się wokół, w miarę potrzeby pomagając tu czy tam, gdy jest potrzeba. 

Obóz medyczny w Lotyniu. [OSP Rościszewo]

Do namiotów zostaje włożona woda mineralna, karton z batonikami oraz bananami. Z takiego posiłku zamiast poszkodowanych dzieci i młodzieży, korzystają jednak sami strażacy. Dzieciakom przydała by się raczej ciepła herbata, i to podana w wygodnych kubkach. Na takie jednak subtelności, mające duże znaczenie w otrząśnięciu się z szoku, nie można w obecnej sytuacji liczyć. Widząc, że w jednym z namiotów zebrała się spora ilość harcerzy a większość z nich stoi, postanowiłem znaleźć dodatkowe składane łóżka i krzesła. Gdy w namiocie przeciskałem się wśród dzieci by rozłożyć siedziska, wręcz namacalnie odczuwałem to co przed paroma godzinami przeszli. Zero kontaktu, spowolnione reakcje, obojętność. Ciężko w takich sytuacjach bawić się w domorosłego psychologa, za jakich choćby uważają się ci wszyscy coache i mentorzy. Zrobiłem więc jak najszybciej co miałem i w nogi.

Po jakimś czasie dzieci, już spisane z imienia i nazwiska, zaczęły być przewożone do pobliskiej szkoły czy innego budynku, gdzie miały czekać na swoich rodziców i bliskich, by stamtąd udać się w rodzinne strony. Na miejscu pojawia się komendant wojewódzki PSP, gdzieś roznosi się informacja, że nawet sama góra z Komendy Głównej przybyła. Nie mając zbytnio co robić, kręcimy się wokół, siedząc na pociętych na opał pniach. Ktoś przywozi chleb, konserwy, warzywa. Z niezbyt mocną, acz mile gorącą herbatą pojawiają się mieszkający w pobliżu państwo. Widać, że im się w życiu nie przelewa, a wichura być może mocno uszkodziła ich gospodarstwo. Jednak przynieśli i podzielili się tym, czym mogli.
 
Jedyni, pełni radości i optymizmu bohaterowie akcji ratowniczej w Suszku. [Grupa Poszukiwawczo-Ratownicza OSP Gdańsk]

Dłużące się "nic nierobienie" można więc chociaż spędzić na posileniu. Do południa, co widać po coraz bardziej pnącym się w górę Słońcu, z harcerskiego obozu w Suszku zostaje zwieziona całość obecnych tam harcerzy. Miłym oderwaniem od smutnych i ciężkich chwil, jest widok powracających stamtąd "psiarzy", czyli psich przewodników z grup poszukiwawczych z Gdańska. Psiaki należące zarówno do etatowych funkcjonariuszy PSP, jak i ochotników, przeszczekują się z lokalnymi burkami, dla których "obce" psy na ich terenie są dużą ujmą na psim honorze. Od razu jednak widać kto jest tu bardziej ułożony, a więc jest górą. Na jedno polecenie przewodnika, pies-ratownik odstępuje od udowadniania swemu czworonożnemu konkurentowi zza płota kto jest lepszy i posłusznie wraca do nogi. 

Gdy już się wypogadza, a nawet robi trochę cieplej, obóz zaczyna być miejscem kolejnych "pielgrzymek" i wizyt. Zabawnym widokiem, i to już parę godzin wcześniej, było przybycie w modelowym wręcz dwuszeregu, uczniów z którejś ze strażackich szkół. Ubrani w ładne kombinezony i hełmy, umyci, ogoleni, kontrastowali się ze zmęczonym trudami walki "pospolitym ruszeniem" ochotników. Zjawia się też spora grupa policjantów, która szybkim marszem udaje się w stronę lasu, tam gdzie jest obóz. Oficjele z zarządzania kryzysowego, prokurator, paru starszych harcerzy. Wreszcie przybywa coś, czego nikt nie chciałby oglądać. Karawan z firmy pogrzebowej. A w raz nimi ci, którzy wcisną się pluskwa w każdą szparę, i jak hiena wyszarpią co lepsze kąski.

Dziennikarze, tu z TVN24.

To ich praca, oni od tego są, ktoś musi to wykonywać - tak można by rzec. OK. Ja to wszystko rozumiem, tylko że śledzenie karawanu, bo być może uda się zdobyć naprawdę "gorący materiał", jest słabe. Nie wiem jak to jest z policjantami, ale strażacka brać szybko namierzyłaby cwaniaczka z brukowca, który - dajmy na to - w przebraniu, chciałby dostać w samo centrum wydarzeń. A że są tacy, i to mający skrupuły na poziomie niemieckich oprawców z obozów zagłady, dosadnie pokazały Fakt i SuperExpress.

Od dowódcy akcji pada polecenie zablokowania drogi, co wykonuje wóz ratownictwa technicznego z pruszczańskiej JRG. TVN-owcy zatrzymują się w bezpiecznej odległości, jakby czując że tu nie zdobędą nic ciekawego, a mogą zdobyć nawet i "bęcki" za zbytnią ciekawość.

Karawan zatrzymuje się na poboczu, a jego załoga przesiada się do podstawionej terenówki. Mija niecała godzina, samochód powraca. Kilkadziesiąt metrów, to wystarczająca odległość, by zobaczyć jak przekładane są dwa ciała w workach. Czarnym, i jakiś srebrnym. Drobne, nie za wysokie. Dwie dziewczynki. Harcerki. Asia we wrześniu miała iść do siódmej klasy. Olga zdała z wyróżnieniem do drugiej gimnazjum.

Entuzjazm na twarzach znajdujących się w pustym już obozie medycznym strażaków "dramatycznie zwyżkuje", gdy wpierw pojawia się informacja że nadal brakuje gdzieś dwójki harcerzy i trzeba będzie udać się las na ich poszukiwania. Szybko jednak przychodzi wiadomość, że dzieciaków już wtedy nie było tam na miejscu. Potem nadal znajdujący się na miejscu dowódca akcji oznajmia (po tylu godzinach na nogach już się nie rozkazuje), że udamy się na miejsce tragedii, by zbierać tam rzeczy pozostawione przez harcerzy. Czyli z finezją oraz jak najbardziej możliwą uwagę przecinaj i odciągaj powalone drzewa, jednocześnie zabezpieczaj osobiste rzeczy. Całość zaś w sytuacji patrzenia sobie dookoła na ręce. Kolejna chwila do namysłu, wymiany informacji na różnych szczeblach, aż zapada decyzja: wszyscy udają się na komendę do Chojnic, by czekać na dalsze rozkazy. W międzyczasie zostajemy zaszczyceni ojcowskim pomachaniem ręką zza przyciemnionej szyby, jakim obdarzył nas szybko powracający z Suszka najprawdopodobniej sam Komendant Główny. Albo jego zastępca. Ubogaceni taką łaską, zwijamy namioty, wypuszczając z nich powietrze, ładujemy wszystko na przyczepy. Następny cel to Chojnice. 

Chojnice [2017-08-12 T chyba po 12:00:00 UTC+02:00] 

Za komuny, o wielu miastach w których stacjonowały jednostki wojskowe, mówiło się że "gdzie nie rzucisz kamieniem tam żołnierz". Wjeżdżając do Chojnic można było odnieść podobne wrażenie, z tą różnicę, że chodzi o strażaków. Zapełniony wozami bojowymi Straży Pożarnej plac przed komendą powiatową pokazywał, że akcja ratunkowa dopiero się zaczyna. Aby jednak wjechać do miasta, musieliśmy znów zmierzyć się z widokami a'la spielbergowska Wojna światów. Stojące na poboczach TIR-y oraz ciężarówki, świadczyły że to nie tylko dla nas była długa noc oraz poranek.

Miejsce koncentracji sił i środków - plac przed Komendą Powiatową PSP w Chojnicach. [OSP Pruszcz Gdański / Paweł Sierżant]
Grochówką choć bez pieczywa, kawą oraz - uwaga - gorącym sokiem, przywitała nas chojnicka komenda PSP. Po raz pierwszy też zobaczyłem biorących udział w akcji żołnierzy, choć na ważnym to jednak nie bojowym odcinku, jakim jest aprowizacja. Symbolicznie, w stosunku do tego co widziało się już wcześniej, wyglądał trawnik przed budynkiem komendy, na którym rosło sobie wysokie drzewo iglaste. Ułamane teraz w pół, musiało dzielnie dawać potwierdzać tezę że pod latarnią jest najciemniej i czekać na uprzątnięcie.

Krótki odpoczynek pozwolił zebrać siły do następnych zadań. A te były wręcz modelowym przykładem działania Straży Pożarnej w warunkach klęski żywiołowej, której - jak się później okaże - nikt nie miał odwagi ogłosić. Jednostki OSP z powiatu, z którymi tu przybyliśmy gdzieś się w międzyczasie oddaliły, zostaliśmy tylko my i zastęp pruszczańskiej JRG. Ich dowódca, będący od teraz też dowódcą całego plutonu (czyli my i oni) otrzymał od ze stanowiska kierowania plik wydruków zdarzeń oraz wezwań, do których w kolejności mieliśmy się udawać. Mogliśmy teraz więc poczuć się tak, jak na co dzień strażacy z chojnickiej JRG PSP i wspierający ich ochotnicy.
 
Straż Pożarna z Pruszcza Gdańskiego na chojnickim "rejonie". [OSP Pruszcz Gdański]

Jeżdżąc od jednego do drugiego zgłoszenia, jeszcze bardziej mogliśmy się przekonać o skali zniszczeń. O ile w lesie wokół Suszka znajdowały się drzewa złamane w pół, to teraz wzrok przyciągały zwłaszcza potężne drzewa liściaste wywrócone do góry z korzeniami. Na okolicznych polach pełno było luzem oderwanych koron drzew, oraz przerzuconych na duże odległości jak piłeczki ping-pongowe wielkich balotów siana. Niesamowity jednak widok sprawiała sieć energetyczna wysokiego napięcia, z położonymi na ziemi jeden za drugim słupami. Miny mieszkańców nie jaśniały optymizmem na świadomość, że choć gospodarstwo nie uległo zniszczeniom, to los plonów z powodu braku prądu nie wygląda za dobrze.

Wreszcie, kierując się nie zawsze trafnie pokazującym kierunek GPSem, jak żołnierze 18 Pułk Ułanów Pomorskich we wrześniu 1939 roku, stanęliśmy do boju pod Krojantami. 

Krojanty [2017-08-12 T około 14:00:00 UTC+02:00] 

Dworcowa, to według mapy najdłuższa ulica w tej miejscowości. Przechodzi obok miejsca, w którym 1 września miała miejsce osławiona szarża, w propagandzie PRL będąca dowodem na nieudolność dowódców wojny obronnej 1939 roku. Jednak i my mieliśmy się zmierzyć "szablą na czołgi", gdy okazało się jakie czeka nas tutaj zadanie.
 
Bitwa pod Krojantami, 1 września 1939. [Podbabiogórze.info.pl]

Droga. Po lewej stronie drzewny zagajnik, zapewne mile urozmaicający pacjentom rehabilitacyjny turnus w pobliskiej klinice. Po prawej zabudowania mieszkalne i gospodarcze. W jednej chwili, poprzez niszczycielsko silne porywy wiatru, cała zielona materia jak żywa choć wkurzona dżungla znalazła się przed budynkami. Uszkodzeń, a tym bardziej ofiar nie było żadnych, jednak i tak udało nam się znaleźć w centrum sąsiedzkich sporów i zwad. Według słów mieszkańców, od długiego już czasu domagali się od właścicieli kliniki rehabilitacyjnej zajęcia się problemem wysokich, i zapewne również chorych, osłabionych drzew. Monity do władz gminy nie przynosiły efektów, bo "ręka rękę myję". Jak było naprawdę to jednak w tej chwili, zwłaszcza dla nas, nie miało większego znaczenia. Drogę trzeba było udrożnić, to też pilarki poszły w ruch.

Krojanty - przed zdarzeniem. [Google / Mapy Google]

Mieszkańcy, po wyrzuceniu z siebie (do nas, choć nie w nas) wzburzenia, poszli przygotować nam coś do zjedzenia i picia. W warunkach braku prądu i pojawiającej się na chwilę wody musiało to być spore wyzwanie. "Dżungla" opornie dawała się ciąć i usuwać z drogi. Zwłaszcza mocne, i ciężkie konary dębu, uświadamiały że był on kiedyś stosowany jako materiał konstrukcyjny do budowy wytrzymałych statków. Ciepła kawa, kanapki z żółtym serem i pomidorem oraz wędliną, ciasto miło rozgrzewają wnętrze.

[OSP Pruszcz Gdański / Paweł Sierżant]

[OSP Pruszcz Gdański / Paweł Sierżant]
[OSP Pruszcz Gdański]
[OSP Pruszcz Gdański]

Krojanty - po zdarzeniu. [OSP Pruszcz Gdański]
Na placu boju zjawia się dwóch eleganckich gości. "Troska na twarzy" z jaką pochylają się nad sytuacją od razu sugeruje, że jest to ktoś ważny. "Jestem wójtem, a to starosta, dziękujemy że tu jesteście, czy możecie powiedzieć gdzie..." - tu jednak ucinam miłą pogawędkę i kieruje obu panów do dowódcy. W międzyczasie pojawiają się też właściciele pobliskiej kliniki, co dla mieszkańców jest okazją do wygarnięcia swoich pretensji. Dla nas zaś to chwila wytchnienia. Po paru godzinach dalszych działań, przerywanych krótkim odpoczynkiem lub koniecznością uzupełnienia oleju i paliwa w pilarkach, z Pruszcza Gdańskiego przyjeżdżają zmiennicy strażaków PSP, którzy swoją zmianę powinni skończyć już nad ranem. Pytanie o to, kto może podmienić ochotnika, a już tym bardziej takie czy koledzy zawodowcy dostaną zapłacone za nadgodziny, będzie tu oczywiście nie na miejscu. 

W końcu ochotnika napędza pasja i chęć ratowania!

Zaś w obecnej sytuacji również napoje energetyczne, które pijemy jeden za drugim. Na szczęście nie te, ze wspomnianej na początku reklamy z 1 sierpnia. Kolejny klocek układa się na swoim miejscu.  

Podnośnik z OSP Skórcz. [OSP Pruszcz Gdański / Paweł Sierżant]
Mieszkańcy proszą by usunąć także część nadal stojącego prosto drzewa, którego jednak jeden z konarów niebezpiecznie pochyla się nad znajdującym się obok domem. I tak na placu boju pojawia się wsparcie, w postaci podnośnika z OSP Skórcz. Rola tych pojazdów, zwłaszcza w miejscowościach gminno-wiejskich wydaje się problematyczna. Jednak teraz nikt poddaje w wątpliwość czemu ktoś tam u nich wpadł na pomysł, by nabyć taki sprzęt. Podnośnik burczy, warczy, dymi jak radziecka lokomotywa M62 Gagarin. Ochotnicy ze Skórcza dzielnie ogarniają temat, a świeży zastęp JRG PSP Pruszcz Gdański oraz my tniemy i odciągamy na bok zrzucane z góry gałęzie.

Sukcesywnie oczyszczana droga w Krojantach. [OSP Pruszcz Gdański]
Bateria w telefonie już dawno mi siadła, o upływającym czasie przypomina nadchodzący zmierzch. Ponad dwadzieścia godzin bez przerwy na nogach, niemiłosiernie obdarte palce u jednej stopy, coraz bardziej dają do zrozumienia, że na dziś chyba wystarczy. Dojeżdża zastęp jakiejś lokalnej jednostki OSP. W porozumieniu z dowódcą działań tu na miejscu - czyli kolegą z JRG PSP z Pruszcza Gdańskiego - podejmujemy decyzję że wracamy. 

Chojnice - Pruszcz Gdański [2017-08-12 T przed 21:00:00 UTC+02:00] 

Zanim jednak obierzemy kierunek na dom, udajemy się uzupełnić zapasy paliwa. W Chojnicach, gdzie mieści się centrum koordynowania działań, Straż Pożarna może tankować "na ładne oczy". A dokładniej za wzięcie rachunku, z którym trzeba się udać na komendę. Tu na miejscu działania bojowe idą pełną parą. Przybywające nowe zastępy z pomorskiego i sąsiednich województw są kierowane do działań. Zaś dla tych, którzy schodzą już z posterunku by udać się na odpoczynek, czeka stołówka pełna smakowicie pachnącego - wygląda na to że - bigosu, chleba, owoców, ciastek. Przychodzimy do biura komendanta. Ten wywołany przez tutejszego strażaka wychodzi. Krótkie podziękowania, uściski dłoni. Przekazujemy rachunek za wzięte paliwo, i to by było na tyle. Korzystam z okazji udając się ubikacji, w której można przeczytać wiszącą nad pisuarem "poważną" instrukcję obsługi sprzętu gaśniczego, jaki każdy strażak płci męskiej nosi w spodniach.
 
Powrót do domu. [OSP Pruszcz Gdański]

Panująca w czasie powrotu cisza, sprawia że nawet kierowcy zaczynają opadać oczy. Z głośniej podkręconą więc muzyką, opuszczamy miejsce w którym spędziliśmy ostatnie ponad 20 godzin. Zabrudzone pudło i kabinę naszego wozu, który zmienił kolor z żywej, strażackiej czerwieni na skórę żyrafy, myjemy jeszcze w Trąbkach Wielkich. Choć to krótka chwila, i wóz znów wygląda jak nowy, to wiemy że mieszkańcy okolic które doświadczyły przerażająco silnego zjawiska pogodowego, jeszcze długo będą musieli się zmagać z jego skutkami.

Mycie i można iść spać. [OSP Pruszcz Gdański]
Na koniec

Zerwane dachy z domów, zniszczone budynki, brak prądu i wody. Wreszcie zagrożenie podtopieniami wodą z zablokowanych kawałkami drzew koryt rzek. O unicestwionych połaciach lasu nawet nie wspomnę. O to apokalipsa na miarę naszych czasów i możliwości. A do zmagań z nią w pierwszej kolejności stanęły mięśnie i narzędzia mechaniczne, jakimi dysponuje Straż Pożarna. Ciężki sprzęt inżynieryjny jak dźwigi, spychacze, pługi oczywiście w pierwszej fazie wydarzeń nie mógł być szybko dostarczony. Do tego jest on w posiadaniu wojska. Stąd głosy o małej obecności tego typu sił, które pojawiają się nie tylko z mediach będących stroną politycznego sporu w Polsce, świadczą wyraźnie o tym że władza nie ogarnęła sprawnie tematu. A zwłaszcza strona rządowa, bo samorządowcy nawet jeśli gdzieś zaspali, to w oparciu o swoje możliwości mogli to jeszcze szybko nadgonić. 

Wydarzenia w Suszku pokazują też dosadnie, że łatwiej jest zabezpieczyć wielosettysięczną imprezę pod kątem bezpieczeństwa publicznego (Dni Młodzieży, Woodstock), niż szybko i skutecznie udzielić pomocy stu kilkudziesięciu ludziom. Bo do wielkich skupisk ludzi wystarczy zebrać i zmobilizować parę tysięcy policjantów, których można skoszarować, zapewniając wszelkie potrzebne środki do pełnienia służby. Gdy zaś pojawia się zagrożenie bezpieczeństwa powszechnego, zwłaszcza na terenie tzw. Polski B, jedynym ratunkiem są strażacy-ochotnicy, mogący również nieść pierwszą pomoc medyczną. Wszelkie służby, tak ładnie wyglądające na pokazach, poza wielkimi aglomeracjami miejskimi okazują się być fikcją, liczbą w tabelce na papierze.

Różnica jest tu jednak taka, że ochotnik nie jest kimś, kto w tym czy innym systemie ma utrzymać bezpieczeństwo całego kraju, bo tak mu każe jego pasja i wewnętrzne poczucie. Pomijając już logiczny zgrzyt z nazwą formacji, która jest "pożarna", w Polsce nie ma nikogo kto "na już" potrafi udać się na drugi koniec powiatu, województwa a nawet kraju, i nieść pomoc tak jak Państwowa oraz Ochotnicza Straż Pożarna. Wojsko jest tu nieruchliwym molochem, a jego użycie na terenie kraju nadal jest obarczone - jak widać - zbyt dużym, politycznym "ściskiem tyłka".

Działania w takich terenach jak lasy wokół Chojnic, po raz kolejny udowadniają też że skuteczna łączność cywilnych służb opiera się na infrastrukturze prywatnych operatorów komórkowej łączności telefonicznej. Lasy pełne wzgórz, dolin i jezior dają słabe pokrycie sygnałem, umożliwiającym co najwyżej prowadzenie łączności głosowej. Wszelkie mądre i pożyteczne aplikacje pogodowe, okazują się być bezużyteczne przy braku możliwości transmisji danych.

Jednak co warto w tej całej historii odnotować na plus, to hart ducha i odwaga harcerzy, którzy będąc jeszcze dziećmi, potrafili przetrwać ekstremalnie trudną sytuację w jakiej się znaleźli. Przy tym nawet i najbardziej słuszne strażackie narzekactwo przestaje mieć znaczenie. Ci młodzi ludzie z harcerskiego obozu w Suszku dla wielu mogą być inspiracją, i źródłem prawdziwej odwagi.

Chwała im!

Linki:

- OSP Pruszcz Gdański
- OSP Rościszewo
- Grupa Poszukiwawczo-Ratownicza OSP Gdańsk


-----

Autor (to ja!) poza byciem prezesem stowarzyszenia Kolektyw Trzynasty Schron oraz redaktorem naczelnym czasopisma Trzynasty Schron jest też, co może nie wynikać z tekstu, członkiem zarządu-kronikarzem Ochotniczej Straży Pożarnej Pruszcz Gdański, a w niej strażakiem-ratownikiem w stopniu funkcyjnym pomocnika dowódcy sekcji, z 6 letnim stażem służby w Związku Ochotniczych Straży Pożarnych RP.

3 komentarze:

  1. groza sytuacji to jedno, Pańskie i Kolegów poświęcenie to drugie, ale poziom tego reportażu to prawdziwe szczyty dziennikarskie!
    Jak to się czyta (i ogląda) - jednym tchem...

    Dziękuję i pozdrawiam z podziwem!

    OdpowiedzUsuń
  2. bardzo wartościowy materiał reporterski, pozwalający wczuć się w atmosferę tamtych, ekstremalnie trudnych wydarzeń. Chwała Wam strażacy-ochotnicy. Ps. Czy można to publikować na fb? poprzez udostępnianie linku?

    OdpowiedzUsuń